Czy z prawem i prawnikami nam lepiej, czy gorzej?

(A. Majchrowska)

Niewątpliwie prawników potrzebujemy, ale ze świecą szukać tego, kto powie, że prawnika lubi. Dlaczego? Prawnik kojarzy się nam z tym, czego nie możemy. Z tym, jakie są ograniczenia naszych działań. Wszyscy wiedzą, że prawnik będzie potrzebny, w zasadzie po to, żeby spróbować wyjaśnić konkretne zachowanie, dążyć do tego by zrealizować określone zamierzenia. Szczególnym wzięciem prawnik cieszy się sytuacjach próby uniknięcia kar, opłat, odpowiedzialności, itp., na pewno nie jest tylko po to, żeby był. 

Nie dziwi zatem powszechne ujmowanie prawników, jako przedstawicieli zawodu nielubianego. Żadnym odkryciem jest to, że stosowanie przepisów i ograniczeń kosztuje. Że bez takich kosztownych i ograniczających procedur, działania byłyby prostsze; przychody, a nierzadko i tym samym zyski, byłyby wyższe. Często osiągnięcie sukcesu byłoby niemożliwe, gdyby stosować wszystkie zasady, tak jak należy. Truizm? Nie dziwi aktywność jednostek, szczególnie bez szczególnego przygotowania merytorycznego, które będą do końca bronić swojej racji, negatywnie oceniać pracę prawnika, tak jak i każdej innej osoby, która kwestionuje słuszność działań. Dlaczego? Bo nie jest łatwo lubić i popierać tych, którzy stoją na drodze w realizacji celu. W zasadzie przestało zaskakiwać podejmowanie wszelkich czynności przez zainteresowanych, oby tylko usunąć przeszkody. Martwić może za słaby sprzeciw pozostałych, zdających się, biernie i bezrefleksyjnie, zajmować swoimi sprawami.

Kim są prawnicy? Górnolotnie możnaby powiedzieć, że stoją na straży przestrzegania umów społecznych. W praktyce możnaby też uznać, że sprawny prawnik, wytyka innym nieprzestrzeganie zasad, dzięki czemu formalnie realizuje cel swojego klienta, co nie zawsze z boku wygląda na „sprawiedliwe”. Czy to legalne? Jasne. Bez umów społecznych nie ma pewności działań. Stąd wynika zasada pewności prawa. Niestety coraz częściej widać trudność w poszanowaniu zasad. Czasem wynika to ze zwykłej niewiedzy, często z obiektywnego braku czasu, niekiedy z lenistwa, a zdarzają się niestety przypadki działania z pełną świadomością i premedytacją. Dlaczego? Otóż dość często rachunek ekonomiczny pokazuje, że respektowanie prawa rodzi koszty, natomiast jego omijanie nierzadko generuje zyski, w tym choćby takie, jak tak ostatnio doceniana i potrzebna, oszczędność czasu. A potencjalne skutki naruszeń, o ile w ogóle wystąpią, zbyt często okazują się znacznie niższe, niż koszty przestrzegania prawa. 

Czy dziwi chodzenie na skróty? W sumie tak na to patrząc, chyba już nie do końca. Nie ma wątpliwości, że prawnik wygrywa w dwóch sytuacjach. Kiedy jego klient rzeczywiście i obiektywnie ma rację, oraz kiedy procedury, i ich przestrzeganie mu sprzyjają. Rzeczywiście nieprzestrzeganie procedur finalnie powinno szkodzić. Dlaczego ustanawianie reguł i pilnowanie ich przestrzegania ma sens? Bo akceptowanie, że dopuszczalne byłoby utrzymywanie chaosu, prowadziłoby do samych niewiadomych. Jeśli jednak doda się do analizy działań, koszty potencjalnej przegranej, ekonomia za często nie zostawia złudzeń, że nie każdego stać na stuprocentowo legalny biznes, za to ryzyko w praktyce, co najmniej na krótką metę może się opłacić. A jednak nie zawsze. Coraz częściej chcemy pracować z tymi, którzy są po prostu uczciwi i rzetelni. Dlaczego? Bo mamy prawo do odpoczynku od ciągłego zastanawiania się, dlaczego komuś miałoby się opłacać naruszyć przepisy, kto wygeneruje nam problem na przyszłość. Z tymi, którzy nie interpretują przepisów w sposób nacechowany na największy zysk finansowy, wybierając raczej jasne postawienie na dobre, zdrowe i niezaskakujące relacje.

Niestety brak dostrzegania meandrów kultury prawnej, obiektywnej potrzeby przestrzegania prawa, staje się dostrzegalny. Coraz częściej szybkość działań determinuje coraz węższy zakres wiedzy, użytej do dokonywania analiz. Możnaby się zapytać, dość zresztą retorycznie, po co? Dlaczego ktokolwiek miałby rozumieć kontekst określonych działań i być zainteresowany jego poznaniem? Można zadać pytanie, kto będzie się przejmował jednostkami, jeśli respektowanie ich praw jest obiektywnie kosztowne? Świat od dłuższego czasu działa w otoczeniu opłacalności naruszeń, bo przecież koszt ewentualnych roszczeń i spraw jest jedynie potencjalny, co więcej – tylko hipotetycznie może być do poniesienia w przyszłości, natomiast regularne stosowanie obostrzeń byłby po prostu wydatkiem bieżącym i na pewno koniecznym do poniesienia. Na porządku dziennym jest poszukiwanie wyjątków, autonomiczna i fragmentaryczna wykładnia, czy atakowanie uprawnionych, i to w wielu możliwych aspektach, włącznie z podejmowaniem działań dyskredytujących przeciwnika, co zresztą zwykle stanowi w miarę skuteczny środek powstrzymywania ich od dochodzenia potencjalnych roszczeń. Rzeczywistość pokazuje, że przepisy są zawsze respektowane wtedy, kiedy to się rzeczywiście opłaca.

Wyścig szczurów ma pewnie jakiś sens, ale trzeba pamiętać, że ten, kto zagryza innych, sam umacnia zasady pozwalające innym na to, że sam być może będzie zagryziony. Szkoda tylko, że kiedy jest czas na „gryźć” to gryzący nie znosi sprzeciwu, ale kiedy sam jest podgryzany lub wręcz – zagryzany, pod niebiosami unosi się jego krzyk, wypełniony frazesami o tym, jak wielka dzieje się krzywda. Nie pamięta wół, jak cielęciem był, można by rzec, względnie „ograniczenia dotyczą „ich”, a nie „nas””.

Prawo od tysiącleci uczy tego, że każda broń jest w zasadzie obosieczna. Teoretycznie mamy wiele gwarancji i argumentów do tego, aby tak samo opłacalne było przestrzeganie przepisów, umów społecznych. Pytanie tylko, czy staranność prawna będzie pożądana, a nie eliminowana jakby była tylko zbędnym kosztem. W dłuższej perspektywie nie powinno być wątpliwości, że naruszenia w kontekście powiedzenia „kto mieczem wojuje, od miecza ginie”, powinny być motorem odpowiedzialnych działań.

Skąd w ogóle pytanie? Zaczęło się od prozaicznego kazusu opartego o regułę „nieobecni nie mają racji, który rozwinął się w przypadek dostrzeganej praktyki, że przestrzegający prawa zwykle dostają podwójne koszty. 

Czemu dzisiaj nikogo nie dziwi to, że jest żal pracodawców, którzy przestrzegając wszystkich przepisów, rozwijali biznes i zostali z obowiązkiem płacenia ZUS od umów o pracę z okresem wypowiedzenia, kiedy widzą, że ich konkurencja ze śmieciówkami, od ręki pozbyła się kłopotu i jeszcze dostała swoiste zabezpieczenie, że zleceniobiorcy przetrwają, bowiem między innymi z tych właśnie składek wypłacone zostaną świadczenia.

A jednak mimo pośpiechu, prywatność zwyciężyła nad biznesem, nawet giganci dostrzegli, że warto poświęcić pewne koszty, żeby zyskać zaufanie i wpasować się w model „uczciwego partnera biznesowego”, który dba nie tylko o siebie, ale i o innych.

Świat nie jest fair, to pewne. Kto chciałby walczyć jak Don Kichote w wiatrakami? Paru chętnych na pewno się znajdzie. A w każdym razie powinno się znaleźć. Inaczej możemy zabrnąć w ślepą uliczkę odrodzenia gospodarki, z niechęcią do bycia fair, za to z działaniem „wolnoć Tomku w swoim domku”. Do nowego wymiaru,  w którym, prawo, prawnicy i ich wielowiekowe, idealistyczne zasady, będą jedynie wspomnieniem, swoiście zbędną „nieopłacalnością”. Oby nie. Co pokazują jednak kategorycznie najwięksi gracze rynkowi.

Skoro i tak czeka nas przymusowy restart, zawsze warto rozważyć, jak chcemy budować ten „stary” świat na nowo.